Druga twarz Truchtacza… czyli Truchtem do pasji 😉 cz.1 – Waldek
Jacek Księżyk
2025-08-12

Druga twarz Truchtacza… czyli Truchtem do pasji 😉 Cz. 1 - Waldek
To jest absolutny debiut! Zwłaszcza mój. Bądźcie więc wyrozumiali!
W mojej pierwszej rozmowie, chciałbym Wam przedstawić Waldemara Pielę. Byłego Truchtacza. I choć Jego przygoda ze Stowarzyszeniem nie trwała za długo a starty w zawodach nie były spektakularne, to gdy nasze drogi się rozchodziły, potrafił z klasą pożegnać się z Truchtaczem (a nie w każdym wypadku było to takie oczywiste!). Do dzisiaj pozostajemy w stałym, regularnym kontakcie. Dla większości członków Stowarzyszenia, Waldek znany jest ze swojej muzycznej pasji jako DJ Viki. Od wielu lat jest atrakcją, nie tylko muzyczną Balu Truchtacza 😉 Ale dzisiaj będzie o czymś innym… Waldek jest pierwszym, Truchtaczowym sędzią piłkarskim w Bundeslidze!
Waldek…
…witam serdecznie wszystkich Truchtaczy i Truchtaczolubnych.
Jacek: Co cię zainspirowało do zostania sędzią piłkarskim, a nie np. zawodnikiem? Jak zaczęła się twoja przygoda z sędziowaniem piłki nożnej?
W: Te dwa pytania muszę niestety połączyć, gdyż są ze sobą powiązane. Nigdy nie byłem wybitnym zawodnikiem, ale można powiedzieć solidnym rzemieślnikiem. Zamiłowania do piłki nożnej odziedziczyłem po moim ojcu. Jako dziecko jeździliśmy z tatą na mecze Górnika do Zabrza.
Mimo tego, że Górnik był w latach 80-tych jeszcze na topie, to wyniki były różne. Nie było jakoś wtedy wysokich rezultatów, zaledwie 1:0, 0:0, 2:1. A ja jako chłopak głodny byłem bramek. Pewnej niedzieli, po meczu ligowym wybraliśmy się z ojcem na rowery. Taka zwykła wycieczka: pola, lasy. Pamiętam, wyjechaliśmy zza pola wysokiej kukurydzy, a tam boisko i jakiś mecz…. Zaczęliśmy oglądać, a wynik końcowy był 8:5. Wow! 13 bramek i to niektóre bardzo ładne. I tak co weekend jeździliśmy po różnych miejscowościach oglądać mecze. Mając 14 lat, koledzy z klasy namówili mnie na klub piłkarski, gdzie grało 90% chłopaków z klasy. I tak zostałem zawodnikiem. Najwyższa klasa rozgrywkowa to była 4 liga, wtedy to był czwarty poziom rozgrywek. Generalnie grałem w niższych ligach. W 2003 r w ostatniej kolejce sezonu doznałem kontuzji kolana, a lekarz odradzał dalsze granie i narażanie się na dalszą utratę nadszarpniętego zdrowia. Po pół roku zorganizowałem mecz pożegnalny, który sędziował kolega z pracy. Po meczu zagadnął: Waldi i co teraz będziesz robił? Pewnie fotel i pilot z telewizora, a sport tylko na szklanym ekranie. Zapytałem go: co proponujesz? Odpowiedział mi: przyjedź do Strzelec Opolskich na kurs i zostaniesz sędzią, bo ciągle nas za mało. Zrobiłem więc expressowo kurs sędziego piłki nożnej i sędziego piłki halowej. Tak zaczęła się moja kolejna przygoda z piłką, tylko teraz już z gwizdkiem.
J: Jak długo już sędziujesz już wiemy, ale opowiedz jakie były Twoje największe wyzwania na początku kariery sędziowskiej?
W: Jak już wspomniałem, moja przygoda z gwizdkiem trwa ponad 22 lata, z przerwą związaną z kontuzją Achillesa i rehabilitacją. A wyzwania… hmmm… największe wyzwanie to było spojrzenie na mecz z innej strony. A to, że zawodnik miał dobre zamiary, a jednak spóźnił się i nie trafił w piłkę, a „poskrobał” w nogi. Dać kartkę za to czy jeszcze nie teraz. To powodowało troszkę kontrowersji na zawodach wśród zawodników. Przełomem był mój piąty, kolejny mecz, na który przyjechał nasz przewodniczący kolegium sędziowskiego w Strzelcach Opolskich: Pan Rudi. Mecz był trudny, bo grały dwie wyrównane i sąsiadujące w tabeli drużyny. W dodatku w środku pola, każda drużyna miała tzw. „gęgacza”. To oni zrobili ze mnie krasnala. Jak jeden chwalił decyzję, to drugi podbiegał i ganił decyzję mając oczywiście pretensje. W przerwie meczu wszedł Pan Rudi i powiedział tylko parę słów, które zapamiętam do śmierci: „Synku, albo ty ich i nadajesz się do gwizdania, albo oni ciebie i powieś buty na kołek”. W drugiej połowie już odpowiednio reagowałem na grę zgodnie z przepisami, „gęgaczy” uspokoiłem kartkami i mecz toczył się pod moją kontrolą. Po zawodach Pan Rudi podszedł i powiedział: nadajesz się, nadajesz, będzie z Ciebie dobry sędzia.
J: A jak wygląda typowy dzień sędziego przed meczem?
Jeśli jest to wolny od pracy weekend, to zaczynamy od lekkiego śniadania. Następnie trzeba się spakować: kilka kolorów koszulek, spodenki, min. 2 pary, skarpetogetry i oczywiście buty. Do tego dochodzą emblematy sędziowskie, 2 lub 3 gwizdki, kartki, kartki na notatki, sprawozdanie sędziowskie w formie papierowego formularza. Oczywiście wcześniej strój musi być wyprany i czysty, a buty na tzw. glans. Potem chwila normalnego życia rodzinno-codziennego i wyjazd na mecz. Godzina wyjazdu uzależniona jest od odległości i trasy, a na zawodach trzeba być co najmniej godzinę przed ich rozpoczęciem. Na miejscu sprawdza się dokumenty licencyjne klubu gospodarza, dopuszczenie do rozgrywek obiektu i wiele innych. Najważniejsza jest odprawa z kierownikami drużyn grających, na której informujesz oba kluby, jak miło i przyjemnie możemy wspólnie spędzić czas, lub co wychodzi poza granice normalności i nie będzie tolerowane. Potem już tylko dobrze posędziować mecz, a później wypełnić protokół. Kierownicy obu drużyn go podpisują, kąpiel i droga powrotna do domu. Niejednokrotnie zajmuje to prawie cały dzień.
J: Czy sędziowie mają specjalny program treningowy np. fizyczny lub psychologiczny?
W: Są programy treningów fizycznych przygotowane przez kolegium sędziów. Ale każdy sędzią sam decyduję, w jaki sposób się przygotowuje. Wiadomo, że nie można być zastanym. Trzeba coś po(T)ruchtać 😉. Nie można się przed meczem najeść, bo się nie da biegać. Oczywiście nie można przed meczem spożywać alkoholu, ponieważ sędzia jest osobą publiczną i musi być trzeźwy.
Jeśli chodzi o aspekt psychologiczny, to powołam się na słowa usłyszane od Pana Rudiego: kibice to po prostu nieświeże powietrze i nie zwracaj na nich uwagi. I to jest prawda. Zwłaszcza w niższych ligach, kibice nie hamują się w wypowiedziach, okrzykach pod adresem sędziów. Można śmiało powiedzieć: ilu masz kibiców na meczu tylu masz sędziów. Oni się lepiej znają na przepisach, a kiedyś tak to nie było. Jadą epitetami, łaciną kuchenną, ile się tylko da, aż czasami uszy więdną. I tutaj musisz być twardy, a nie miętki. Musisz to umieć puszczać płazem, bo inaczej nie dasz rady. To najważniejsza rada dla zaczynających przygodę z gwizdkiem. Być twardym jak głaz i nie dopuszczać do siebie tych złych fluidów ze strony kibiców.
J: Twoje przygotowania do meczu już znamy, a jak przygotowujesz się do meczu konkretnej drużyny?
W: Do każdego meczu trzeba być tak samo skoncentrowanym i przygotowanym. Nie ważne czy sędziujesz C klasę, czy ekstraklasę. Jako sędzia nie możesz na jednych się spinać a do drugich podejść za luźno. Ja osobiście czasem czytam fora klubów które ze sobą grają i dlatego przed meczem wiem już, czy coś się szykuje czy nie. Jak sobie wygrażają na forum a na boisku zaczyna być ostro, to trzeba iść ostro z karami. A jak groźby są tylko na forum i nie przekłada się to na boisku to spokojnie można posędziować mecz i do domu.
J: Czy miałeś kiedyś sytuację, w której bałeś się o swoje bezpieczeństwo?
W: Jeśli mam być bardzo szczery to odpowiem: Nie!
Staram się prowadzić zawody w taki sposób, aby być najmniej widoczną osobą na boisku. Oczywiście, jeśli jest to możliwe. Jeśli tak się nie da, to trzeba wsiąść sprawy w swoje ręce i narzucić twardy i nieubłagalny styl sędziowania. Czasem dla zawodnika, który zasłużył na karę indywidualną typu kartka, większą karą jest wymuszenie na nim publicznych przeprosin dla przeciwnika niż pokazanie kartki. Ale do tego trzeba być bardzo stanowczym.
J: No to teraz taka krótka seria pytań: Jak reagujesz na krytykę w mediach lub internecie? Czy zdarzyło Ci się podjąć decyzję, której później żałowałeś? Jakie są najtrudniejsze decyzje do podjęcia na boisku? Albo jak zachować obiektywizm, gdy emocje na boisku sięgają zenitu?
W: Ha… dobre pytania…, chyba jak każdy z nas: Mało przychylnie. Ale ok. Na poważnie, to trzeba na jakąś krytykę się natknąć. Jeżeli jest ona rzeczową, to sorry, ale trzeba wziąć ją na klatę, uderzyć się w pierś i powiedzieć: ok mają rację. Ale najczęściej, są to wypociny kibiców lub samych zawodników po meczu, którzy mogą się schować pod różnymi nick’ami, pseudonimami w internecie. Ale to już tak jest z kibicami.
Oczywiście miło usłyszeć lub przeczytać coś pozytywnego na swój temat. Ale tego nie ma za dużo. Miło również spotkać kogoś w jakimś publicznym miejscu i usłyszeć: Dzień dobry Panie Sędzio. Kiedy Pan znów do nas przyjedzie pogwizdać? Jak pan jest to mamy pod górkę, ale jest sprawiedliwie. A mówi to zawodnik, który prawie w każdy meczu zarobił ode mnie kartkę, bo zasłużył.
Ale tak na koniec tej części o bezpieczeństwie, to powiem tak: sędzia piłkarski jest tylko człowiekiem i popełnia też błędy. Dla mnie najważniejsze jest to, aby popełniając jakikolwiek błąd, podejmując złą decyzję, nie wypatrzeć wyniku spotkania. Bo jako zawodnik wiem, co to znaczy zaiwaniać na boisku pełne 90 minut, żeby uzyskać dobry wynik. A jeden gwizdek i nieprawidłowa decyzja sędziego mogą zniszczyć cały wysiłek.
I tutaj mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że przez te 22 lata nie zawaliłem ani jednego meczu.
Na meczu nie ma łatwych lub trudnych decyzji. Wszystkie muszą być wyważone odpowiednio i sprawiedliwe. Chociaż wiadomo, że decyzja w jedną stronę, nie będzie się drugiej stronie podobać. Ale to związane też jest z obiektywnym podejściem do zawodów. Jeśli ktoś zagrywa piłkę ręką, gwiżdżesz rzut wolny, a za chwilę w analogicznej sytuacji w drugą stronę tego nie robisz, to brak ci konsekwencji i obiektywizmu. Zawsze trzeba być skoncentrowanym na zawodach, podejmować sprawiedliwe i wyważone decyzję bez względu na czyjąś korzyść. Zawsze trzeba być konsekwentnym i dążyć do perfekcji, aby nie popełniać głupich błędów. Wtedy jest się obiektywnym.
J: Jakie różnice widzisz między sędziowaniem w Polsce a za granicą?
W: Są pewne różnice… tutaj (w Niemczech) sędziuje bardzo dużo starszych sędziów, takich 70+, bo młodzi się nie garną. W Polsce masz limity wiekowe dla sędziów. W Niemczech to akurat się nie liczy, tylko czy biegasz i znasz przepisy. Chodzi głównie o to, czy masz odpowiednie predyspozycje i umiejętności dla danej klasy rozgrywkowej. W Polsce natomiast najważniejszy jest egzamin teoretyczny i biegowy. Jak przepisy wykujesz i pobiegniesz w limicie czasowym to awansujesz wyżej. A potem schody, bo znać przepisy to jedno, a zastosować odpowiednio te przepisy w trakcie zawodów to drugie. W Niemczech za nic nie płacimy, bo organizacja sędziowska pozyskuje sponsorów i dlatego spotkania, egzaminy, napoje, przekąski są za darmo. W Polsce za wszystko płaciłem: Koleżeński Fundusz Pośmiertny, Koleżeński Fundusz Dyspozycyjny, Ubezpieczenie, Licencja na dany sezon rozgrywkowy, stroje sędziowskie. Później się okazało, że w sumie jak podliczyłeś wydatki to 5 meczy sędziowałeś gratis, bo wtedy wyszedłeś na zero.
W Niemczech każdy sędzia przynależy do jakiegoś klubu piłkarskiego. Jest przepis, że jeżeli klub ma 5 drużyn, juniorskich i seniorów to musi mieć 5 sędziów zrzeszonych u siebie. Za brak ilości sędziów w stosunku do liczby posiadanych drużyn, kluby płacą kary. I to duży plus dla sędziów, bo każdy klub dba o swojego sędziego bądź sędziów. Klub dostarcza ci stroje, buty, dresy, torbę i inne akcesoria, żebyś tylko chciał u nich być. Czasami kluby rywalizują o sędziów. Hahaha… 😉
J: Czy miałeś okazje sędziowaniem mecze o szczególnym znaczeniu np. Derby, finały? Jeśli tak, to jakie były emocje?
W: Jeśli chodzi o finały to niejednokrotnie sędziowałem finały tzw. ligi ministrantów na hali. 18 lat brałem czynny udział w organizacji sędziów na to wydarzenie.
Derby też oczywiście również sędziowałem. Najbardziej utrwaliły mi się derby (jeszcze w Polsce) gminy Jemielnica-Piotrówka. 60 lecie klubu gospodarza, dużo oficjeli, dwa zwaśnione kluby przeciwko sobie. Trenerem gości był wówczas słynny na Śląsku: Marek Koniarek. W bramce znany z GKS Katowice: Luncik, a w polu Chinijama, czy Ekwueme. Pamiętam przed meczem powiedziałem: mam świadomość, że to derby, mecz podwyższonego ryzyka i że kartki wziąłem. Niestety, na nic się to zdało, bo od 1 minuty jechali sobie po kościach jak nienormalni ludzie. Efekt: 12 żółtych kartek i 3 czerwone. Ale po meczu zakończonym remisem 2:2 wszyscy byli zadowoleni, oficjele związkowi gratulowali dobrej postawy na meczu, co potwierdziła również obecna prasa.
Jeśli chodzi o finały to niecały miesiąc temu 27 czerwca, sędziowałem finał okręgu Pucharu Niemiec. Też fajne doświadczenie, bo stadion pełen ludzi, około 800 osób, szaliki klubowe i flagi, oprawa boiskowa: serpentyny, race dymne w kolorach barw klubowych odpalone po meczu. I oprócz pucharów dla zwycięzców i przegranych to były jeszcze pamiątkowe statuetki dla sędziów. Ot taki fajny, miły gest.
J: Jakie masz cele na najbliższe lata, jak chciałbyś, żeby cię zapamiętali zawodnicy i kibice.
W: Plany…, być zdrowym…, zdrowym i jeszcze raz zdrowym, żeby spokojnie pozaliczać egzaminy na nowy sezon i dalej kroczyć drogą sędziowskiej przygody. A wtedy na pewno i w Niemczech, i w Polsce zawodnicy i kibice zapamiętają mnie jako kawał sk… kierownika, ale sprawiedliwego 😉
J: I jeszcze na koniec, jaką masz radę dla zaczynających przygodę z gwizdkiem.
W: Powiem tak: jeśli ktoś doczytał do tego miejsca ten wywiad, zainteresował go, to na temat sędziowania i odczuć z tym związanych wie bardzo dużo. Ale zawszę powtarzam każdemu: zrób kurs, zdaj egzaminy i zacznij sędziować. To usłyszał Szymon Marciniak mając 19 lat, gdy krytykował sędziego i dostał czerwoną kartkę. A dziś jest jednym z najlepszych na świecie!
J: Dziękuję Ci bardzo, za tę rozmowę i mam nadzieję, że do zobaczenia … na Balu Truchtacza w 2026 roku 😉
J. Ksi.
